All rights reserved © 2010

Z Dariuszem Brzostkiem

Z doktorem Dariuszem Brzostkiem, adiunktem w Zakładzie Teorii Literatury Instytutu Literatury Polskiej UMK w Toruniu, rozmawiała Marta Skałecka.


”R2D2 jest moim filmowym uosobieniem”


Na jakim filmie był Pan ostatnio w kinie?

  • To nie będzie jakieś specjalnie ekskluzywne kino. Byłem na „Bękartach wojny” Quentina Tarantino.

Jakie wrażenia?

  • Bardzo dobre. Obejrzałem go z przyjemnością, tak jak z resztą od dłuższego czasu z przyjemnością oglądam filmy Tarantino. Podoba mi się to, że jest to reżyser, który nie boi się posłużyć kiczem, tzn. on doskonale wyczuwa, że kino jest taką formą sztuki, której źródła tkwią w jarmarku, że to jest taka sztuka rozrywkowa, jarmarczna właśnie, trochę uderzająca w kicz, posługująca się kalkami, przerysowaniami. Tarantino jest jednym z reżyserów chyba najlepiej zorientowanych w tym, że kino od dłuższego czasu żywi się samym sobą, tzn. nie tyle czerpie z rzeczywistości, ile czerpie z kina i to jest takie, powiedzmy, intertekstualne. Z jednej strony są remaki i sequele lub parodie, a Tarantino robi to jeszcze inaczej. Robi takie filmy, które są dialogami z innymi filmami, składają się z cytatów i to jest właśnie w najgłębszym sensie kino intertekstualne. Poza tym, oczywiście, bardzo dobrze się na tym filmie bawiłem.

Tarantino w „Bękartach wojny” trochę zaingerował w bieg historii…

  • Tak, ale myślę, że to się wiąże z tym, iż Tarantino nie kręcił filmu historycznego, tylko film o filmach wojennych. On ma poza tym niesamowite wyczucie do obsady ról. Wybiera znakomitych aktorów i to również widać w tym filmie. Nie jestem specjalnym entuzjastą Brada Pitta, ale to jest kolejny film, w którym on się w stu procentach sprawdza. Popisem gry aktorskiej była również rola Christopha Waltza, który grał Hansa Landę. Na uwagę zasługuje też warstwa audiowizualna, która jest starannie dobrana, to zgranie dźwięku z obrazem, to że Tarantino potrafił czekać kilka miesięcy z premierą, żeby Morricone napisał temat do pierwszej części. To jest takie wzruszające. Myślę, że on poważnie traktuje to, co robi wbrew temu, co udaje.

Ekranizację jakiej książki chciałby Pan zobaczyć?

  • Mogę powiedzieć o wielu ekranizacjach, które lubię oglądać, z „Faraonem” na czele. Uważam, że „Faraon” jest fajnym filmem, na podstawie fajnej książki. Lubię też „Matkę Joannę od Aniołów”. Jednak moją ulubioną ekranizacją, mojej ulubionej książki, jest film Hasa „Rękopis znaleziony w Saragossie”. Jest to ekranizacja, którą zawsze najchętniej oglądam. Obejrzałbym też z chęcią jakieś dobre ekranizacje Lema. Wiem, że „Solaris” był już dwa razy kręcony, ale obejrzałbym go w jeszcze innej wersji, bliższej Lemowi, mniej autorskiej, niż u Tarkowskiego i mniej melodramatycznej, niż ta ostatnia, amerykańska. I jeszcze kilka innych książek Lema z przyjemnością. Z innych rzeczy, myślę, że obejrzałbym jakąkolwiek ekranizację powieści Lawrence’a Durrella np. „Kwartetu aleksandryjskiego”, czy „Kwintetu awiniońskiego”. Są takie gęste, dzieją się u schyłku belle-epoque, gdzieś tam w Egipcie, są trochę deliryczne. To jest fajny materiał dla kina, tylko musiałby to zrobić ktoś z wyczuciem obrazu.

Myśli Pan, że kino europejskie jest lepsze od amerykańskiego?

  • Hmm…To jest tak zwane „podpuszczanie” (śmiech). To, co powiem będzie banalne, ale uważam, że jest – zupełnie inne. Jeśli weźmiemy przeciętną kina europejskiego i kina amerykańskiego, to powiedzmy jakość artystyczna będzie lepsza w kinie europejskim, a w kinie amerykańskim będzie ona bardziej efektowna. Z tym, że to zależy, co mamy na myśli mówiąc o kinie amerykańskim, bo kino amerykańskie to z jednej strony superprodukcje z Hollywoodu, ale też dawne filmy Johna Cassavetesa, całe kino offu amerykańskiego, kino typu C, niskonakładowe, które jest piękne, bez względu na taką głupią naiwność tego kina, gdzie się robi uboższe wersje wielkich kasowych przebojów. Kino europejskie jest kinem autorskim przede wszystkim i ja w pewnym sensie jestem bardziej przywiązany do kina europejskiego, ale z ogromnym sentymentem do filmów amerykańskich, włącznie z takimi „dziełami”, jak „Obcy kontra Predator”, dlatego że ono ma swój urok. Przy czym muszę powiedzieć, że od dłuższego czasu jestem hollywoodzkim kinem amerykańskim rozczarowany, bo jest ono strasznie przewidywalne. Nie ma dobrych fabuł, suspence’u – to gdzieś umyka, podczas gdy kino europejskie jest nieco bardziej otwarte na nowe pomysły, przyswaja rozmaite rzeczy.

Jest bardziej nowatorskie?

  • Też. I takie chyba bardziej wyczulone na wrażliwość widza, nie masowego, ale konkretnego człowieka. Kiedy idę do multipleksu na amerykański film z takim celem, żeby się rozerwać, to oczywiście dostaję za te pieniądze to, co powinienem dostać, aczkolwiek nie porywa mnie to od pewnego czasu. Tarantino jest tutaj pewnym wyjątkiem, chociaż nie wiem, czy to do końca jest amerykański reżyser. Z jednej strony jest bardzo amerykański, z drugiej strony zupełnie nieamerykański. To jest trochę tak, jak z muzyką Sun City Girls – to jest bardzo amerykański zespół, a z drugiej strony gra przeboje z Tajlandii. To jest coś w tym stylu. To jest sztuka amerykańska w dobrym tego słowa znaczeniu.

W listopadzie w toruńskiej Od Nowie odbędzie się festiwal poświęcony twórczości Woody’ego Allena. Wiem, że jest Pan jedną z osób, które wygłoszą referat podczas festiwalu. Proszę powiedzieć, czego będzie on dotyczył?

  • Organizatorzy zapytali mnie, czy powiedziałbym coś o filmach Woody’ego Allena. Ja o filmach Allena zawsze powiem coś z przyjemnością, dlatego że Woody Allen jest zjawiskiem samym w sobie i takim reżyserem, którego bardzo lubię oglądać, ze względu na to, że jest inteligentny, dowcipny, trochę żydowski (śmiech) i tak dalej. Będę mówił na temat obecności jazzu w ścieżkach dźwiękowych jego filmów i będę chciał zwrócić uwagę na to, że tak jak uważa się Woody’ego Allena, przez założenie oczywistości, za reżysera nowojorskiego, nawet bardziej, niż amerykańskiego, tak Woody Allen trochę bawi się z odbiorcą. To, co pokazuje w swoich filmach, których akcja rozgrywa się w Nowym Jorku, w ścieżce dźwiękowej zupełnie nie jest jazzem z Nowego Jorku. Dźwiękowy obraz Nowego Jorku jest zupełnie inny, niż to jest u Allena. Allen trochę kłamie, to co on tam robi, to jest chyba jeszcze jedna płaszczyzna gry z widzem. On ekstrapoluje do Nowego Jorku dźwięki z zupełnie innej rzeczywistości, a zarazem robi to oczywiście w nawiązaniu do tradycji amerykańskiej. Będę starał się powiedzieć troszeczkę o tym zjawisku.

Pana ulubiony film Allena?

  • To bardzo trudne pytanie (śmiech). Jest kilka filmów Woody’ego Allena, które bardzo lubię. Mam ogromny sentyment do filmu „Wszyscy mówią: kocham cię”. To jeden z późniejszych jego filmów, musicalowy, ale jest niezmiernie wzruszający i sympatyczny. Z drugiej strony, film, który mnie bawi i zawsze wprawia w dobry nastrój, to „Tajemnica morderstwa na Manhattanie”. Oczywiście, „Śpioch”, „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie…”, czy „Seks nocy letniej”, są to cudowne filmy, ale te dwa pierwsze jakoś najbardziej poruszają mnie jako widza.

A te nowsze produkcje, jak „Vicky Christina Barcelona”?

  • Jest chyba taki typ widzów Woody’ego Allena, którzy dzielą jego kino na „z Woody’m Allenem” i „bez Woody’ego Allena”, tzn. na te, w których on występuje albo i nie. Ja zdecydowanie wolę filmy Woody’ego Allena „z Woody’m Allenem”, co nie znaczy, że te inne są niedobre. Różne miałem zdanie o tych późniejszych. Przeważnie mi się podobały. Natomiast „Vicky Christina Barcelona” podoba mi się bardzo, dlatego że jest to taki sympatyczny film amerykańskiego reżysera, zrobiony po europejsku, dla europejskiego widza. Allen zresztą od dawna twierdzi, że kręci raczej z myślą o odbiorcy europejskim, bo ten przynajmniej wie, kim on jest, a Amerykanie niekoniecznie, bo nie sądzę, żeby w Nebrasce dobrze wiedzieli, kim jest Woody Allen… Przepraszam teraz wszystkich z Nebraski.

Jest Pan muzykiem, aktywnym członkiem kilku muzycznych formacji. Z jedną z nich – Fiki Miki Black Power Trio – wystąpił Pan w kwietniu w toruńskim Domu Muz. Graliście muzykę pod oldskulowy japoński film z gatunku pinku eiga „Go, go, second time virgin”. Skąd pomysł na taką wizualizację? Fascynacja kinem japońskim?

  • To na pewno. W ogóle lubię kulturę japońską w takiej jej nieokreśloności, w tym, że z jednej strony jest taka bardzo odrębna i swoista, a z drugiej łatwo się nasyca tym, co z zewnątrz, jest taka zokcydentalizowana. To, co zrobiliśmy wówczas miało charakter pewnego anarchizowania tej wypowiedzi. Ten film Koji’ego Wakamatsu „Go, go, second time virgin” to jest historia z pogranicza kina moralnego niepokoju, kina gore, slasherów, gdzie są sceny gwałtu, morderstw, a z drugiej strony jest to film o niemożliwej miłości ludzi, którzy są mocno psychicznie pokaleczeni. Chcieliśmy spróbować zrobić do tego elektroakustyczną ścieżkę dźwiękową, która nie jest ilustracją, tylko rodzi się bezpośrednio w interakcji z tym obrazem na zasadzie emocjonalnego oddziaływania. Poza tym, to było też dość przewrotne, ponieważ to nie jest film niemy. Wycięliśmy gotową ścieżkę dźwiękową, skądinąd fajną, trochę swingującą, jazzową, trochę rockanrollową, trochę abstrakcyjną. Chcieliśmy dograć inny soundtrack do filmu, który posiada już własny. Jak to wyszło, można było zobaczyć. Podobno było mocne.

Ingmar Bergman powiedział kiedyś, że nie ma sztuki bliższej filmowi, niż muzyka. Zgadza się Pan z tym? Myśli Pan, że muzyka jest potrzebna w filmie?

  • Zdecydowanie tak. Ale i brak muzyki jest potrzebny. Dzieło filmowe zawsze rozgrywa się w takim napięciu pomiędzy obecnością ścieżki dźwiękowej i jej brakiem. Przez ścieżkę dźwiękową rozumiem tu jakąś ilustrację muzyczną, nie tylko nagranie głosów. Istnieje mnóstwo filmów z bardzo zredukowaną ścieżką muzyczną, a pojawiające się tam incydentalnie tematy zmieniają jakby oblicze całości. Zdecydowanie uważam, że warstwa muzyczna jest bardzo ważna. Najbardziej lubię takich reżyserów, którzy potrafią świadomie to dobrać. Moim zdaniem Bergman przez długi czas nie sprawdzał się w tym najlepiej, na początku były to „wlepki” z muzyki klasycznej, później jest już bardziej świadomy.

A co z musicalem? Lubi Pan ten gatunek?

  • Właściwie nie lubię. Wydaje mi się sztuczny. Ktoś kiedyś powiedział, jakiś specjalista od reklamy, że najgłupsze i najmniej skuteczne reklamy to te, w których ludzie idą do sklepu i nagle zaczynają tańczyć i śpiewać. To jest dla mnie coś takiego.

Czyli wątła fabuła…

  • …tak, wątła fabuła ilustrowana piosenkami. Nie przekonuje mnie to, ale to nie znaczy, że nie ma musicali, które mi się podobają. Powiedziałem, że lubię film „Wszyscy mówią: kocham cię” Woody’ego Allena, który jest musicalem, więc nie jestem konsekwentny, ale to raczej ze względu na Woody’ego Allena i na to, że Woody Allen nawet tam śpiewa i tańczy i to jest wzruszające. Natomiast czasami zdarzy się film z gatunku musicalu, który mnie bawi, ale nie ma chyba takiego, który mnie rzucił na kolana. Ale na przykład, kiedy byłem rok temu na filmie „Mamma Mia!”, bawiłem się bardzo dobrze. Wzruszył mnie szczególnie śpiewający Pierce Brosnan, który notabene śpiewał jakby głosem Johna Cale’a z The Velvet Underground. Ten film zupełnie nie udawał, że jest czymś innym, niż tylko „wątłą fabułą”, jak Pani powiedziała, z paroma piosenkami ABBY. Przy czym okazało się, że te piosenki są całkiem dobre, jak na taki pop sprzed lat…

A ja widziałam całkiem dobry, choć inny od typowych musicali – „Tańcząc w ciemnościach” z Bjork w roli głównej…

  • Ja nie lubię kina Larsa von Triera. Nie przepadam za kinem histerycznym, a jego filmy za takie uważam. Lubię takie kino, które jest zdystansowane. Moim zdaniem, ten reżyser nie ma dystansu do tego, co tworzy i to mnie nie przekonuje, chociaż doceniam wagę tego, co robi, ale to zupełnie nie moja bajka, tak samo, jak nie moją bajką jest kino Davida Lyncha.

Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że prawie wszyscy mężczyźni uwielbiają Jamesa Bonda. Czy wynika to z tego, że utożsamiają się z nim? Chcą być tacy, jak on? Wie Pan, szybkie samochody, piękne kobiety…

  • …lub piękne samochody, szybkie kobiety (śmiech). To jest pytanie, z cyklu takich, które każdy mężczyzna lubi usłyszeć (śmiech). Powiem tak, nieco szpanersko może, ale odpowiem trochę z Arystotelesa, że tragedia przedstawia zawsze takie postaci, jakimi jesteśmy tzn. realistyczne, bądź takie, jakimi chcielibyśmy być, czyli idealistyczne…

…czyli fantazja życzeniowa mężczyzn?

  • Tak, James Bond jest taką fantazją życzeniową wielu mężczyzn. Poza wszystkim innym, te filmy są przede wszystkim zabawne. Jestem zdecydowanym fanem Jamesa Bonda w wykonaniu Seana Connery’go. To jest mój ulubiony Bond. Connery jest bardzo zdystansowany do swojej roli, jest mocno ironiczny, gra tym wizerunkiem, a poza tym, to jest świetny aktor no i taki przystojny mężczyzna, prawda? (śmiech) To jest kino dla dużych chłopców, ale myślę, że kobiety też lubią Jamesa Bonda. Może nie chciałyby mieć takiego męża, ale chyba przyjemnie byłoby dać się uwieść komuś takiemu…

A z jakim filmowym bohaterem Pan się utożsamia? Nie licząc Jamesa Bonda oczywiście…

  • Ojej, ciężkie pytanie…Bond odpadł, tak? (śmiech) Chyba nie ma takiego jednego bohatera… Może ktoś z „Gwiezdnych Wojen”…


Lord Vader?

  • Nie, myślę, że ten mały robot R2D2…Mimo, że jest blaszakiem, to uważam, że to sympatyczna postać. On ma wiele cech charakteru, które i ja mam. Jest trochę niedopasowany do rzeczywistości…(śmiech). Myślę też, że mam coś z Woody’ego Allena – trochę neurozy, trochę powątpiewania… A może, żeby zostać przy Seanie Connery’m, to powiem, że utożsamiam się z Wilhelmem z Baskerville z „Imienia Róży”.

A pamięta Pan pierwszy film, który widział Pan w kinie?

  • Tak, to był ‘79 lub ’80 r., kino „Świt” w Brodnicy. Siedziałem na sali, rozsunęły się kotary, leciała najpierw „Kronika Filmowa”, w której mówiono coś o braku sznurka do snopowiązałek, czy o sukcesach rolnych i współpracy z Białoruską SSR, po czym poleciały takie charakterystyczne napisy, zaczynające się od słów: „Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…”. Tak, pierwszym filmem, który oglądałem, były „Gwiezdne Wojny”. Wtedy właśnie wzruszyłem się głównym bohaterem w postaci małego blaszanego robota, z którym się utożsamiam (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

  • To ja dziękuję. Było mi bardzo miło.

Rozmawiała Marta Skałecka

[wywiad opublikowany na stronie: www.filmoznawcy.umk.pl]